Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codziennik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codziennik. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 września 2014

Rzecz o spacerach, nankach i czepianiu się kończyn.

Ostatnio zauważyliśmy ze Statecznym, że jakoś tak nam nie po drodze ze sobą w domu - każde idzie do swoich zajęć, a zawsze czas "po pracy" był tym czasem wspólnym. Postanowiliśmy wziąć się za siebie i spędzamy wolne chwile na świeżym powietrzu - ciesząc się sobą, wygłupiając się i łapiąc resztki cieplejszych dni. W ramach powyższego byliśmy dziś na spacerze w parku i stwierdzamy, że jesień ruszyła pełną parą. Na chodnikach wszędobylskie liście i kasztany, drzewa zmieniają kolory, mimo pięknego słońca bez bluzy ani rusz, no i ten zapach w powietrzu... nie da się go pomylić z żadną inną porą roku.

Okruch jesień uwielbia - podobają mu się szeleszczące liście, kasztany, żołędzie (nie wiem czemu, ale zawziął się, że trzeba po nich skakać i irytuje się, bo nie pękają). Jarzębina za to pięknie strzela pod bucikami i sprawia mu taką frajdę, że nie daje się od niej odciągnąć.
Próbowaliśmy go wołać (ile można stać w jednym miejscu depcząc pomarańczowe kulki?!), brać za rączkę - nic. Wyrywał się i wołał "nie, nie, nie!" depcząc dalej.
Okej - uznaliśmy, że skoro taki uparty jest, to my go przechytrzymy... nie będzie nam tu taki Okruch rządził. Powiedzieliśmy, że idziemy i poszliśmy.
Schowaliśmy się tuż obok za jakimś pomnikiem/rzeźbą czy co to tam było i czekaliśmy... czekaliśmy... czekaliśmy.
Rzuciłam w jego stronę kasztanem (bardzo wychowawcze metody), żeby zachęcić go do rozejrzenia się - naiwnie myślałam, że jeszcze nie zauważył naszej nieobecności. Czekaliśmy. Czekaliśmy... Podniósł głowę! Rozejrzał się powoli, wzruszył ramionkami i... deptał dalej!
1:0 dla Okrucha.
Zaczęło się ściemniać, więc skorzystaliśmy ze skuteczniejszej metody - Stateczny wziął go na ręce i szybko oddalił się od fascynującej jarzębiny.

Są i nanki!

 Jeden to za mało...

A ten został odrzucony, bo pęknięty nanek (jak się okazuje) to nanek "bleh". 

Poza polowaniem na jarzębinę i kasztany troszkę pochodziliśmy po alejkach, ale bardzo szybko zaczęło się ściemniać i robić chłodno, a Okruch domagał się "ami i myj myj" - moje porządne dziecko.

Jedyna róża, która raczyła przyzwoicie wyjść na zdjęciu...


Przechodząc przez mostek zauważyliśmy kłódki. Nie wiem o co chodzi, ale gdzie nie pojadę tam napotykam się na to zjawisko: 

Było już ciemno, więc jakość zdjęcia żadna...

Pierwsze na co zwróciłam uwagę, to że niektóre z nich mają wygrawerowane imiona, daty i jakiś ozdobnik - serce, kwiat, wzorek. Niektóre posiadały daty (ślubu, zaręczyn?) co nawet poniekąd może być urocze.
Pierwsze co zauważył Stateczny?

S: Ej, wiesz która mi się najbardziej podobała?
SM: Nie wiem, która?
S [chichrając się]: Ta z Pauliną i wykreślonym imieniem. Coś im nie poszło, co?

A jeśli już przy Statecznym jesteśmy... 
Wczoraj okazało się, że bywa dobrym małżonkiem - przyniósł mi po pracy kwiaty i owoce
(że witaminki, bo żona biedna, chora, to i się należą). Miał czuja, bo tego dnia byłam już bardzo bardzo bliska cienkiej czerwonej linii i ucieczki z domu... 

A przypadkiem mam pod ręką odpowiednią kartkę... ;)

S: Patrz, tutaj masz borówki i maliny, żebyś witaminki zjadła. A tutaj masz kwiatki...
SM: Kochany jesteś, dziękuję!
S: Wybrałem takie, które ładnie zasychają - nikt nie zauważy, że ci zwiędły.

Jak mantrę powtarzam... "mój mąż jest mądry i dobry, kocham go..."

Na marginesie - poprosiłam go, żeby wstawił kwiaty do wazonu. Wazon stał w kuchni, w szafce. Poinstruowałam. Poszłam pod prysznic, wróciłam i zerkam na stół. 

SM: Na litość! Dlaczego te kwiatki stoją w dzbanku?
S: Jakim dzbanku? Sama kazałaś mi je wstawić do wazonu... 
SM: Do wazonu, a to dzbanek! Nie rozróżniasz? Wazon nie ma ucha i dzióbka! To, że coś jest szklane nie czyni tego z automatu wazonem!
S: Nie szukaj dziury w całym...
SM: ?!
S: No co, będziesz się kończyn czepiała?

Że ucho i dzióbek, nieprawdaż.

wtorek, 16 września 2014

Sezon na żaby i dopalacze...

... uważam za rozpoczęty.

Ciepłe żaby (chociaż czy żaby mają czółki?), jakieś coś na przeziębienie, drzemka Okrucha i można odsapnąć.

Droga Młodzieży proszę o spokój - takie dopalacze, co to Stateczna się nimi raczy, Was nie zainteresują. Ich jedynym skutkiem jest ewentualne obniżenie Niagary kataru, który postanowił uraczyć Stateczną swoją obecnością.
No i tak oto zamiast tryskać entuzjazmem i energią, bo przecież jesień, nadchodzą drugie urodziny Okrucha i zaczyna się jakby nowy etap w Statecznym życiu - ja zaczynam dumać, że może naprawdę warto by było zgłosić się po jakiś zastrzyk energii, bo padam na paszczę. Okruch już niemal zdrowy i dokazuje, dba dobre Dziecię o to, żeby mamusia w żadnym wypadku nie zaczęła się nudzić i przypadkiem nie spoczęła na kanapie na dłużej niż półtorej minuty, a baterie mu się wcale nie kończą. I mimo zawziętej niechęci do nagłego rozwinięcia mowy potrafi się już kłócić - w końcu najpierw wykształcają się te najbardziej potrzebne do życia zdolności.

SM: Synu słowo daję, że jeszcze raz wyrzucić rzeczy z tej szuflady, a siądziesz na karę i nie zejdziesz z niej do wieczora!
O: [spoglądając na matkę z lekkim uśmiechem na twarzy] Nie.

Nie to było tak stanowcze, że poszłam sobie od niego w siną dal.
Dochodzę do wniosku, że po ponad tygodniu siedzenia w domu z chorym i ząbkującym Okruchem, kiedy w końcu on zdrowieje, a ja się rozkładam (co jest w naszym domu standardową sytuacją podlegającą już normie) moja silna wola maleje wraz z upływającymi dniami.

SM: Synu, na litość, zostaw tę suszarkę na pranie bo zaraz spadnie i będzie...
O: [patrząc na upadającą suszarkę wykrzykuje z radością, bijąc brawo] BABACH!
SM: W zasadzie nigdy tej suszarki nie lubiłam.

Nie chce mi się już otwierać paszczy i pouczać, a może by tak odpuścić sobie te uwagi, dopóki nie wejdzie na żyrandol?

W głowie kołacze mi się piosenka z jakiejś reklamy - "przyjdzie jesień i przyniesie przeziębienie..."
Nawet w reklamach czasem usłyszy człowiek coś prawdziwego.

 Kawa, kawa, kawa... i nanki.

Na szczęście poza domowymi demolkami udaje nam się z Okruchem korzystać ze słonecznej pogody i nieco spacerować.

Wczoraj szukaliśmy kasztanów i Dziecię poznało nowe słowo:

SM: Synku może byśmy tak zaczęli wołać kasztanki, żeby nam się pokazały, co? Choć, będziemy je wołać na raz, dwa, trzy...
O: Nanko! Nanko!

A teraz idę szukać pomysłów na stroik jesienny z nankami w roli głównej.

wtorek, 9 września 2014

I w końcu o tych urokach...

... Szwajcarii oczywiście.

 Wcale nie tak łatwo, żeby flaga ładnie zapozowała! 


Kiedy w końcu odsapnęliśmy po podróży przyszedł czas na wycieczki!
Muszę tutaj bić pokłony przed W. - mimo zmęczenia zaraz po pracy zabierał nas z Gochą w różne miejsca, żebyśmy mogli jak najwięcej zwiedzić. 

Jako pierwsze odwiedziliśmy miasteczko Rapperswil. Przepiękne miejsce z Polskim Muzeum na zamku
Do samego muzeum nie weszliśmy - dojechaliśmy już po godzinach otwarcia, a i nie byłaby to zresztą szałowa atrakcja dla Okrucha (znużony Okruch plus przestrzeń z eksponatami... takim wyzwaniom dziękujemy). 
 Widok z góry... (stąd)

 Uwielbiam zachody słońca...

 ... choć zdjęcia i tak nie oddadzą ich uroku.

 Molo, wciąż Rapperswil.


Po Rapperswil pospacerowaliśmy, podziwialiśmy łódki, przejrzystość wody i wielkość kaczek i ryb (jedne i drugie robiły wrażenie...). W trakcie drogi na molo przetestowaliśmy siłownię na świeżym powietrzu - niektórych urządzeń nie potrafiłam ogarnąć bez instrukcji, ale okazało się (po jej przeczytaniu) że znacznie zabawniej i intensywniej wychodziło improwizowanie, niż działanie zgodnie z zaleceniami... nawet jeśli raz zawinęłam się wokół sprzętu tak, że nie wiedziałam jak z niego zejść, żeby nie potłuc tyłka - czego nie robi się, żeby być fit. 

Kolejną atrakcją było zwiedzanie najbliższej okolicy - a że Fällanden jest piękne (jak i wszystkie miejsca, które oglądaliśmy) to i nie odczuwaliśmy potrzeby częstych wyjazdów. Już samo wyjście za blok pozwalało wzdychać z zachwytem i w pełni się odprężyć. No, chyba, że akurat Dziecię zaczynało zwiewać w stronę wody, albo ulicy. Albo chcieć jogurt. Albo chcieć brzoskwinię, którą chwilkę wcześniej rzucił w pole, bo tak.

Takie tam z osiedla...  ;)

Bo najważniejsze, to wygodna podróż.

 Również najbliższa okolica.

 Punkt widokowy za blokiem.

 Oczywiście Okruch woli biegać, niż podziwiać widoki - widoki są przereklamowane.

 Wszędobylskie kwiatki! Uwielbiam...

... wszędobylskie okiennice - również.


Któregoś dnia Gospodarze postanowili przybliżyć nam góry, które dotąd podziwialiśmy na horyzoncie. 
I tak wybraliśmy się do Interlaken, zahaczając o inne miejscowości.
W drodze zawzięli się na nas rowerzyści. Słowo daję! Byli wszędzie.
Okazało się, że tego dnia odbywał się jakiś maraton. Najpierw na wąskich górskich drogach mijaliśmy kolarzy sporadycznie, ale później... później jechaliśmy za nimi w żółwim tempie wyczekując dogodnego momentu, bądź ich uprzejmości, żeby jakoś omijać te grupki, których z każdym kilometrem było więcej. Nie ma tego złego - dzięki tempu w jakim jechaliśmy mogliśmy podziwiać widoki za oknem, a i zdjęcia jak na okoliczność okna samochodowego i komórki w roli aparatu wychodziły zupełnie przyzwoite.
Kiedy zjechaliśmy z gór, żeby zjeść obiad w pobliskim miasteczku okazało się, że właśnie tam jest meta i właśnie wtedy większość kończyła wyścig.


Jedno z piękniejszych miejsc, jakie widziałam podczas wakacji - Interlaken. 

 Wspominałam, że przez szybę...

 ... i że komórką.


 Chmury w zasięgu ręki!

Okruch i Sherlock. Sherlock ma fajkę, a Okruch lizaka.  

To jeszcze nie koniec tego, czym chcę się z Wami podzielić, ale czas na drobną przerwę od wakacyjnych wspomnień. W najbliższych postach relacja z Blogowego Piękna Mam - czyli spotkania blogerów w Lublinie... i trochę więcej Statecznej codzienności. A w między czasie podsumowanie wakacji i tego, co komu podobało się w nich najbardziej.

A teraz idziemy ze Statecznym świętować kubkiem herbaty fakt, że Okruch w końcu zjadł coś więcej niż jogurt! Po trzech dniach odmawiania posiłków (zapalenie gardła...) w końcu przełknął rosół!

niedziela, 7 września 2014

Szwajcarskie wakacje czas zacząć, czyli poznajemy Ciocię Bu.

Czas na dalszą relację z naszych wakacji!
Jak już wspominałam w ostatnim poście - podróż była dość intensywna, ale muszę przyznać, że i całkiem krótka. Wyruszyliśmy z domu w okolicy trzynastej, a samochód odstawiliśmy na parking w okolicy siedemnastej. Dwie godziny na lotnisku zleciały naprawdę szybko, a sam lot to już czysta przyjemność, bo Okruch zasnął jak tylko samolot oderwał się od ziemi.
Kryzys nastąpił po wylądowaniu w Zurychu.
Jak na nasze dziecię było już późno. W domu spałby w swoim łóżeczku już od około dwóch godzin, a tu nagle obudził go hałas na lotnisku, przy odbieraniu bagażu. Kiedy otworzył oczy raziło go silne światło, dookoła mnóstwo obcych ludzi, harmider. Dłuższą chwilę potrwało, zanim udało nam się go uspokoić. Przez moment nie chciał być na rękach i zdezorientowany rzucał się tak, że musieliśmy go postawić na podłodze, gdzie kontynuował krzyki. W końcu Statecznemu udało się go przytulić i nieco uspokoić. Kiedy już nieco się rozbudził wyszliśmy do czekających na nas gospodarzy - Cioci Bu i Wujka Aaa (o tym skąd te określenia już za chwilkę). Kolejny atak złości miał miejsce w samochodzie - Okruch był mocno zaniepokojony, że wsadzamy go do nieznanego mu auta, obcego fotelika, a z przodu siedzą jacyś ludzie. Cały czas tłumaczyłam mu co się dzieje, gdzie jesteśmy i że wszystko jest w najlepszym porządku, ale Dziecię zajęte było wyrażaniem swojego niezadowolenia. Na szczęście udało się usadzić go w foteliku. Kolejny plus, że nasi przyjaciele mieszkają w niewielkiej odległości od lotniska i już po parunastu minutach siedzieliśmy przy stole czekając na kolację. Tutaj Okruch znacznie się rozluźnił. Podejrzewam, że rozbudził się, zaczął kojarzyć co się dzieje i mając nas na oku zwiedzał salon. I jakimś cudem udało nam się go ponownie uśpić zaraz po (pysznej) kolacji, jakoś w okolicy północy - wszyscy zresztą byliśmy zmęczeni i potrzebowaliśmy nieco odpoczynku.

Pierwszy dzień upłynął nam na rozpakowaniu i poznawaniu mieszkania. Okruch miał czas pochodzić po wszystkich pomieszczeniach, porozglądać się i wybadać, gdzie są miejsca, w których będzie mógł się najlepiej bawić...

Pierwsze, co pokazaliśmy Okruchowi to szafeczkę z zabawkami, sam odnalazł tak wspaniałe miejsca zabaw jak wanna, krzesło i biurko, czy balkon.

Gosia poszła do pracy, a my mieliśmy czas, żeby nieco się ogarnąć.
W ciągu dnia odwiedziła nas ze swoją podopieczną (jest nianią) i zabrała na pobliski plac zabaw.

 Domek ze ślizgawką wyjątkowo spodobał się Okruchowi.

I tu muszę wyjaśnić skąd wzięła się Ciocia Bu.
Z Gosią, z racji odległości, kontaktujemy się głównie przez Skype. I stamtąd kojarzył ją Okruch. Jego ulubioną zabawą z ciocią-z-monitora było chowanie się poza zasięg kamerki i wyskakiwanie z okrzykiem "bu"... wtedy Gocha podskakiwała z piskiem, a Dziecię zaśmiewało się w głos. Już pierwszego dnia przypomniał sobie tę zabawę i zaczął Gochę straszyć. Od tej pory na pytanie "gdzie jest Ciocia?" czy prośbę "zawołaj Ciocię" najpierw podchodził do niej i wołał "bu"... szybko okazało się, że to nie tylko zabawa, ale i określenie, jakie Gosi przypisał.
Nie wiedzieć czemu jedynie Wojtka (męża Gosi) straszył od początku chrapliwym okrzykiem "aaaaa"... i jak nietrudno się domyślić nowy Wujek bardzo szybko stał się Wujkiem Aaa.
Kiedy tylko Okruch przypisał im pewne cechy i co nieco wybadał na ile może sobie przy nich pozwolić zaakceptował w pełni nowe miejsce i bawił się niesamowicie...

 Z Wujkiem Aaa wspaniale oglądało się Tutitu o "pojazdach specjalnych"...

A o tym co działo się przez kolejne dni opowiemy jutro. Słowo daję, że miałam plan pięknie zmieścić wszystko w jednym poście, ale Okruszysko bardzo ciężko przechodzi ząbkowanie (dolne dwójka i trójki) i już wylądował w naszym łóżku, gdzie wybudza się ciut mniej, niż w swoim. Coś mi się wydaje, że czeka nas ciężka nocka, więc po resztę opowieści wakacyjnych zapraszam jutro.

A dziś dobrej i spokojnej nocy szczególnie rodzicom ząbkujących pociech!

czwartek, 4 września 2014

Jak wyjechać na wakacje i nie zwariować przed dotarciem do celu... - krótki (nie)poradnik podróżowania z Okruchem.

Stateczny blog został solidnie zaniedbany - wakacje sprzyjały lenistwu, ale czas wracać.

Na rozgrzewkę małe wspomnienia urlopowe.
Wraz z początkiem roku dostaliśmy zaproszenie do Szwajcarii... niewiele myśląc zarezerwowaliśmy bilety i zaczęło się oczekiwanie na końcówkę sierpnia.

Od razu zaczęliśmy się zastanawiać jak Okruch zniesie podróż. Nie chodziło tylko o lot, ale i dojazd do Warszawy... powiedzmy, że nasze Dziecię to żywe srebro - długo nie usiedzi w miejscu, musi czuć się swobodnie, mieć miejsce do biegania, jeżdżenia samochodzikami i tym podobnych atrakcji.

Jak dotąd najdalej wyjeżdżaliśmy niewiele ponad sto kilometrów od miejsca zamieszkania - ta podróż była więc dla nas wyzwaniem (na marginesie pierwszym okazało się spakowanie bagaży trzech osób do dwóch walizek tak, żeby żadna z nich nie przekroczyła 23 kilogramów... wcześniej miałam problem, żeby zmieścić swoje rzeczy, a co mówić o sytuacji, w której Okruszysko wymaga zabrania pieluszek, sterty ciuchów, zabawek, kosmetyków i wielu innych rzeczy...)

W końcu nadszedł dzień wyjazdu. Jakimś cudem udało mi się ogarnąć bagaże, przygotować prowiant i wyruszyliśmy. Okruch pokazał co potrafi już na początku - wyjechaliśmy w porze drzemki, więc marudzenie rozpoczęło się bardzo szybko.
Celowo postanowiliśmy wyjechać w południe, choć lot mieliśmy dopiero pod wieczór.
Przewidzieliśmy solidny zapas czasowy na ewentualne przymusowe postoje, wybieganie Szkraba, zjedzenie obiadu i wypicie kawy. Znamy naszego syna - wiedzieliśmy czego możemy się spodziewać.

Pierwszy błąd popełniłam tuż po wyjeździe (a co będę marnowała czas) i dałam Okruchowi smoka, a ten niewiele myśląc zasnął. Stateczny uprzedzał mnie, że na stacji Okruch z pewnością się wybudzi, bo zawsze się wybudza i żebym poczekała z dawaniem smoka do tankowania... no ale powiedzcie - kto by słuchał męża?
Miał rację - wszystko jego wina.
Okruch zdrzemnął się piętnaście minut, wybudził natychmiast po rozpoczęciu tankowania, a potem kolejną godzinę pokazywał się z tej brzęczącej strony.

 Książeczki. Przed drzemką służyły głównie do rzucania po samochodzie. Utrwaliłam krótką chwilę tuż po wyjeździe, kiedy książeczka jeszcze była oglądana. 


Plusem było zabranie przekąsek - biszkopty, jogurt, paluszki dla dzieci. 
Błędem było podawanie mu ich przed obiadem (przeżuwające dziecko to cichsze dziecko... ale to też najedzone dziecko).

W temacie obiadów i błędów pozostając - nie polecam spontanicznego zatrzymywania się w drodze w pierwszej knajpie do której udało się zjechać, kiedy żołądki zaczęły domagać się posiłku. Nam trafiła się taka, w której nikt się nami nie interesował, jedzenie było średnie, a jedynym plusem okazała się uprzejmość Pani z obsługi, która dała mi klucze do pokoju, żebym mogła zmienić pieluchę Okruchowi (no niestety, nie ma miejsca do przewijania, trzeba nadrabiać). Dziecięciu spodobały się też dzieci kogoś z obsługi, które biegały po lokalu... i skutecznie odciągały jego uwagę od posiłków. Kusiły do zabawy wbiegając i wybiegając z miejsc, do których klienci dostępu nie mają (zaplecze, kuchnia itp.) a z pewnością gdybym pozwoliła mu z nimi szaleć wbiegałby tam razem z nimi.

Po obiedzie ruszyliśmy w drogę. Samochód zostawiliśmy na parkingu, a jego obsługa podwiozła nas na lotnisko i tu - niespodzianka. Jakiś nieogarnięty człowiek zostawił swój bagaż na pastwę losu i dzięki temu mogliśmy podziwiać wozy straży lotniska, policji i różnych służb oraz postać nieco w tłumie ludzi i walizek, nim pozbyto się potencjalnie niebezpiecznego pakunku. 

Kiedy już udało nam się wejść Stateczny postanowił poszukać miejsca odprawy, a ja zostałam z tobołami i Okruchem. Cóż - nauczona doświadczeniem sprzed chwili nie chciałam zostawiać bagaży samych, ale Dziecię bardzo szybko pokazało mi, że to nie takie proste... już zaczynałam rozumieć prowodyra poprzedniego alarmu - a może to też była jakaś mama bezmyślnie pozostawiona przez ojca dziecka, który to przemieszczając się swobodnie i beztrosko po lotnisku nie pomyślał, jakie atrakcje jej zapewnia... albowiem w okolicy naszych krzesełek były źwi. Tak - źwi. Ale nie byle jakie, bo automatyczne! 
Takie do których się podbiega z piskiem radości, a one się same otwierają, nie potrzeba do tego ani Taty, ani Mamy - wystarczy biegać. Okruch był w siódmym niebie, a ja miałam się nieco gorzej.
Kolejna nauczka podczas podróży z dzieckiem - zasłonić mu oczy podczas przechodzenia przez automatyczne drzwi, oddalenie się od nich możliwie jak najdalej i pilnowanie, żeby Dziecię w żadnym wypadku ich nie zauważyło.
Być może Stateczny ma jakieś tam przeczucia, a może po prostu do powrotu zachęciły go radosne piski pierworodnego - w każdym razie zjawił się dość szybko - mogłam wygodnie się rozsiąść pilnując walizek, kiedy on razem z Maluchem biegał w okolicy wejścia/wyjścia.

Nadeszła godzina odprawy! Dobrze się składało, bo Stateczny zaczynał łapać zadyszkę, a próby odciągania Okrucha kończyły się rozpaczą. Przez chwilę jego, potem trochę naszą. Już widziałam tę wielką aferę, kiedy zabierzemy mu najlepszą zabawkę (swoją drogą kto to wymyślił, żeby drzwi na lotnisku było tak dużo! Gdzie człowiek nie pójdzie, tam źwi i źwi... serca nie mają) i zaciągniemy w kierunku obsługi.
Jak zwykle przy stawianiu bagażu na wagę poczułam lekki stres - wizja dopłacania za nadbagaż niezbyt mi się uśmiechała. 
Wszystko jednak poszło dobrze. Okruch zainteresowany jeżdżącymi walizkami nawet nie rozpaczał za poprzednią atrakcją.

Zgrabnie przeszliśmy przez wszystkie bramki. Zrobiło się lżej - pozostał nam jedynie wózek i bagaże podręczne (które zresztą w nim jeździły), a Okruch zajął się bieganiem i przyglądaniem się wystawom. Jeżdżenia w wózku odmówił, bo przecież nie po to nauczył się biegać, żebyśmy teraz wygodnie prowadzili sobie spacerówkę, zamiast zasuwać za nim po lotnisku (ale mimo to super pomysłem jest odbieranie wózka od rodziców dopiero w rękawie, przed samiutkim wejściem do samolotu, wiele ułatwia!).
Gorsze jest to, że nie mogłam nigdzie zlokalizować miejsca do przewijania dzieci i zmieniałam Okruchowi pieluszkę w mniej zaludnionej części, na dość niewygodnych krzesełkach... jednak zanim zacznę narzekać na lotnisko najpierw sprawdzę, czy to moje gapiostwo, czy faktycznie takiego miejsca nie było.

Nareszcie nadszedł czas lotu!
Pierwszy bunt zaczął się, kiedy trzeba było Dziecię przypiąć pasami. Ale tutaj super sprawdził się tablet, a na nim (na początek) Pou.

 
Lubimy tablety. Lubimy Pou. Uwielbiamy, kiedy dziecię grzecznie bawi się z Pou, zamiast szaleć w samolocie (czy samochodzie). 

No to lecimy...

Cały lot Okruch przespał (zasnął zaraz po wystartowaniu), a razem z nim spał Stateczny. 

Zazdroszczę im zdolności zasypiania migiem wszędzie i w niemal każdej pozycji...

O tym co działo się na miejscu i jak przebiegały nasze szwajcarskie wakacje - w kolejnym poście. 

Jeśli macie jakieś spostrzeżenia z podróżowania ze swoimi Maluchami - podzielcie się nimi w komentarzach!


niedziela, 17 sierpnia 2014

Prawie-że-dwulatek-prawie-że-mówi

Wspomniałam ostatnio, że Okruch powoli zaczyna do nas przemawiać. Nie ukrywam, że to jest to, do czego strasznie mi się tęskni. Gadające dzieci są przeurocze (a że męczące to powiem dopiero, jak już Dziecię się rozgada), a i kontakt z nimi jest ułatwiony. Zamiast pokazywać paluszkami i wymyślać dziwaczne skróty można zamienić z dzieckiem parę zdań... a sądząc po charakterze Okrucha i poczuciu humoru Statecznych - będzie wesoło. Okruch jednak nieszczególnie ma chęć na poszerzanie zasobu słownictwa i tak oto dialogi opierają się głównie na bazie słów:
  • bum bum/ bjum bjum - autko
  • bzz - autobus (od kasowania biletów, że niby dźwięk kasownika)
  • iło iło - karetka, policja i wszystko co jeździ i wyje
  • ciuch ciuch - pociąg
  • babach - kiedy się przewróci, lub coś zrzuci
  • źwi - drzwi
  • miau miau - kot
  • au au - pies
  • si si - siku
  • bleeeh - kupa 
  • pa pa - no, wiadomo
  • mami - Stateczna
  • tati - Stateczny
  • dziadziu - dziadkowie
  • babi - babcie
  • am - jedzenie
  • pij pij - picie
  • myj myj - mycie
  • nie! - ulubione słowo
  • bim bam - zegary
  • daj
  • tu
  • dzyń dzyń - dzwonić gdzieś, lub czymś
  • alo! - halo, lub prośba o telefon (najczęściej do dziadków)
  • pu - oznacza wszystko, a precyzyjniej rzecz ujmując wszystko, czego Okruch nie potrafi nazwać inaczej... na szczęście zwykle do "pu" dochodzi pokazanie tajemniczej rzeczy paluszkiem i w wielu przypadkach można się domyślić o co Dziecięciu chodzi
Okruch ćwiczy również budowanie zdań za pomocą wyżej wymienionego słownictwa.
I tak na przykład:

- Papa Tati! Bum bum... nie Tati. - Stateczny po uprzednim czułym pożegnaniu pojechał do pracy i nie ma go.
- Tati Babi au au, bum bum, Mami miau miau nie? - kiedy Stateczny tłumaczył, że Okruch, on i Pies wybierają się do Dziadków, a Mamusia i Kot zostają w domu Dziecię upewniło się czy dobrze rozumie...
- Babi alo! Babi... Mami iło iło nie, babach! - podła Stateczna ośmieliła się zabrać autko-karetkę za to, że Okruch w złości rzucał nim o podłogę. Wymagało to natychmiastowej skargi do Babci.

A poza tym Stateczny doszedł do wniosku, że o ile Okruch nie jest rudy wizualnie, to stanowczo odziedziczył złośliwość po mamusi.

S: Czy Ty wiesz, że przekazałaś swojemu synowi swoją złośliwość w genach?
SM: Ale o co chodzi?
S: Tłumaczę mu, żeby był cichutko, bo Wojtuś śpi w wózku. Na co on spojrzał na mnie, podszedł do wózka, zajrzał i patrząc na Wojtka krzyknął "bu"!
SM: ... 

Cóż mogę powiedzieć? Po takich argumentach nie pozostało mi nic innego, jak odświeżyć rudość na głowie - niech będzie, że chociaż w ten sposób uprzedzam społeczeństwo z kim mają do czynienia.

Na marginesie - testuję dziś nową farbę - L'Oreal Prodigy "cynober"

Zdjęcie z sieci
 
Nie wiem co mnie podkusiło, żeby nie kupić jak zawsze L'Oreal Préférence "pure paprika"


Mam nadzieję, że nie będę żałowała.
Efekty w następnym poście.

A teraz czas zmyć tałatajstwo i zobaczyć co z tego wyszło!

piątek, 15 sierpnia 2014

Relaks, kocięta i różowe skarpetki.

Po długiej przerwie wracamy!
Stateczne dni upływały naprzemiennie beztrosko i zupełnie przytłaczająco.
Mam zamiar skupić się na tych pierwszych chwilach, bo od czego są wakacje, jak nie od przyjemnego spędzania czasu?

Tak więc sierpień rozpoczął się Statecznymi urodzinami.
W związku z tym, że Stateczny ostatnimi czasy nie wykazywał się jaką szaloną pomysłowością postanowiłam podpowiedzieć mu, że może by tak bransoletka...

S: Nie wierzysz w mój gust i pomysłowość?
SM: Wierzę, ale ostatnio troszkę mało romantyczny jesteś i boję się, że się nie wysilisz i dlatego sugeruję...
S: Będzie kara!

Nadeszły urodziny.
Dostałam karne skarpetki.
Karnie różowe. 

Czym zresztą niezwłocznie pochwaliłam się na Statecznym fejsbuku...
Pocieszałam się również, że jest róż, więc w zasadzie i romantyzm, nie?

Jak się okazuje nie przy każdym mężczyźnie działa teoria "jak mu powiem, to się ucieszy, że ma problem z głowy". Przyjaciółka wygadała się potem w tonie karcącym, że Stateczny a i owszem planował kupno właśnie tej bransoletki i odbył już z nią stosowne konsultacje, ale przecież musiałam wszystko zepsuć, no to mam!

Kolejne dni upływały nam dość monotonnie (dla Statecznego w pracy, dla Statecznej przy książkach do obrony, a Okruchowi w żłobku) i rodzinnie. 

 

Wszystkie możliwe chwile spędzaliśmy (i spędzamy) u Dziadków Okrucha, na świeżym powietrzu. Stateczna nawet ten czas pożytkuje na przerabianie materiału. 


Trochę podokuczaliśmy swoją obecnością rodzinie, przyjaciołom i znajomym.
Korzystaliśmy z zaproszeń na grille i wycieczki. Jak choćby zaproszenie od Pragmatyka, gdzie zakochaliśmy się w uroczej okolicy... 

 Piękne widoki...

 Sprytne boćki (pierwszy raz widziałam je z tak bliska...)

 Ot - sielanka.

... i utwierdziliśmy w przekonaniu, że tak bardzo chcielibyśmy mieć swój dom i kawałek ogrodu!
Wiedzieliśmy to oczywiście już wcześniej i plany gdzieś tam się nam roją, czekają na dogodny moment... ale po takich wizytach człowiekowi strasznie ciasno robi się w blokowisku.

Poza tym Stateczna miała parę dni wolnych od swoich mężczyzn. 
Nie jestem pewna czy jakoś szczególnie się stęsknili, ale mi spanie samotnie w łóżku zupełnie nie przypadło do gustu. Stanowczo wolę ramię Statecznego... a nawet ewentualne nocki z Okruchem między nami, kiedy to, zdawałoby się małe, Stworzonko rozpycha się i próbuje zrzucić nas na podłogę. 

W tym samym czasie przygarnęłam na parę dni kociaka. Kocię na oko dwumiesięczne (ale oko do określania wieku mam słabe - zarówno zwierząt, jak i ludzi). Zdawałoby się - sama słodycz. Zwierzę szybko zostało nazwane Tą Wszą i miałam ku temu powody - nie chodzi o zasiedlenie jego sierści przez insekty, a o wyjątkową skoczność i upierdliwość, która Tę Wesz cechowała. Owszem, szybko nauczyła się zasad panujących w statecznym domu... wiedziała, że kiedy Stateczna śpi, to naprawdę nie powinno się rzucać na jej palca u nogi, który niefortunnie wystaje spod koca i kusi... ani że nie ma sensu atakować o pięć kilogramów większego Kota, który znużony - zdawałoby się od niechcenia - machnąwszy łapą sprawił, że Ta Wesz przeleciała przez pół mieszkania. 
Nie ma też sensu kradzież jedzenia - czy to Kota, czy to Statecznej... ani wchodzenie pod prysznic, który chwilę wcześniej opuściła, bo wciąż jest tam mokro, a potem mokre są łapki.

Och, jaka słodycz, patrzy jakby chciał się przytulić...

 ... albo i nie.

 Na górze duże, na dole małe... czy jakoś tak to szło.

Jakie niewinne oczęta... tyle, że nie.

Ta Wesz już opuściła nasze mieszkanie... Zaczęłam się do niej mocno przyzwyczajać, ale alergia nieustannie sprowadzała mnie na ziemię i zapchanym nosem oraz dusznościami utwierdzała w przekonaniu, że stanowczo nie powinnam mieć w domu dachowca o standardowej, uczulającej mnie sierści. 

Z milszych niespodzianek - Stateczna dostała dziś od Babci (w zasadzie z okazji/przy okazji Babcinych urodzin) sukienki. Nie byle jakie sukienki, bo Babciowe! Obydwie mają już ponad czterdzieści lat - jedna uszyta osobiście przez Babcię, a druga kupna (co nie odbiera jej uroku). Rozmiar akuratnie na Stateczną, przeróbki zbędne. Są piękne, ale wymagają odświeżenia (jednak naście lat nie były wyjmowane z szafy i czas pozostawił na nich ślady w postaci choćby pożółknięć), więc póki co zdjęcia tkanin:

Ta z lewej uszyta Babcinymi rękami.

Żeby nie było, że Stateczna zapomina o Okruchu swym kochanym - proszę bardzo, Okruch miał swój przydomowy basenik w muszli...

... i ochoczo z niego korzystał.

Poza tym rośnie jak na drożdżach, pięknie radzi sobie w żłobku i powoli zaczyna do nas przemawiać, ale o tym już w kolejnym poście.

środa, 30 lipca 2014

To dzień, jak każdy inny...

Nie ma szczególnego powodu.
To nie jest święto, urodziny któregokolwiek z nich, ani nie wydarzyło się dziś nic wyjątkowego - dzień, jak każdy inny.
I właśnie dlatego tak bardzo chodzi mi to po głowie.
Dobry ojciec. Najlepszy ojciec. Wyjątkowy ojciec - Stateczny.
Nie mogłam wybrać lepiej dla mojego Okrucha. Nie wyobrażam sobie jeszcze lepszego taty dla mojego dziecka.

Wszedł "na pierwszy krzyk" tuż po jego urodzeniu.
Nigdy nie zapomnę mokrych oczu, wyszeptanych podziękowań za mój trud i tego spojrzenia.
Widać w nim było, że w jednej chwili zmienił mu się świat i że dla nas zrobi wszystko.
Rozpierała go duma.

Za nimi tyle pierwszych razów...
Pierwszy facet, który trzymał go na rękach - bez lęku, choć wcześniej nigdy nie trzymał noworodka, ba! niemowlaka...
Pierwsza zmiana "kupy" - cóż to za szczęście wziąć dziecko i w praktyce dowiedzieć się co to smółka.
Pierwsza domowa kąpiel.
Pierwszy spacer.
Pierwsza podróż samochodem.
Pierwsze wychodne Statecznej.
Pierwsza butelka mleka modyfikowanego.
Pierwsza butelka wieczornej kaszy.

Najlepszy sposób na ból brzuszka? Spanie na brzuchu u Taty.
Najlepsze miejsce na drzemkę, kiedy jeszcze był malutki? Tata.
Najlepsza osoba, do opowiadania bajek na dobranoc? Oczywiście, że Tata.
Kąpiele też najzabawniejsze są z Tatą.
Tata, tata, tata!
To on asekurował Okrucha, kiedy ten niepewnie próbował raczkować. Łapał, kiedy potykał się podejmując pierwsze próby biegania i cierpliwie wchodził z nim i schodził po schodach w tempie dwóch schodów na minutę.
Mają zwyczaj bawienia się w (jakże fascynujące) odkrzykiwanie, kiedy każdy siedzi w innym pokoju:  

Okruch: Tati?
Stateczny: Synku?
Okruch: Tati!
Stateczny: Synku!
Okruch: Tatiiiiiii...
Stateczny: Synuuuu...

Czasem mam wrażenie, że Mały po prostu sprawdza, czy jego ukochany Stateczny z pewnością jest nieopodal.

Są tacy podobni!
Nie tylko z wyglądu.
Obaj stroją głupie miny do zdjęć, zasypiają w dziwnych pozycjach, uwielbiają jeść.
Kiedy "zawieszają się" zerkając na reklamę obaj otwierają buzie.
Nie cierpią spać pod przykryciem. Mają takie same oczy. Duże stopy też Okruch odziedziczył po Tacie.
I zrzędzenie na przebieranie i awersję do chodzenia po sklepach. Są jednakowo uparci. Nie lubią zmian.

Obydwaj są cudowni - są całym moim światem, jego najważniejszymi składowymi.

Odpowiedzialny, cierpliwy, radosny, konsekwentny, wyjątkowy, bezinteresowny, zakochany - nie będę się bawiła w wymienianie tych mnóstwa przymiotników, którymi mogłabym określić mojego Małżonka w roli ojca.

On po prostu jest cudownym ojcem.
Ale wiem jedno - jest w tym i moja zasługa. Moja zasługa, na którą wiele kobiet nie może się zdobyć i to ich największy błąd.

Więc co takiego zrobiłam ja?
Nie przeszkadzałam im.
Zachęcałam.
Czasami usuwałam się w kąt.
Jasne - czasem bywało przykro, kiedy to właśnie Tata miał ponosić, kiedy ząbkowanie nie dawało w nocy spać, albo kiedy koniecznie tylko on miał zrobić rano mleko. Ale to są ich chwile. Ja miałam swoje i tylko swoje wyjątkowe dziewięć miesięcy tworzenia się tego cudu, kiedy Stateczny mógł głównie obserwować - byłam mu winna te parę chwil tylko dla nich.
Chwaliłam.
Kąpał go z taką pewnością na jaką przez pierwszy tydzień mnie nie było stać... nosił cierpliwie, kiedy ja miałam ochotę siąść i płakać (albo siedziałam i płakałam). Znosił jego i moje humory, a przecież tak samo jak każdy potrzebował snu. Zmieniał pieluchy i przebierał tak samo sprawnie, jak ja - a skoro ja lubiłam słyszeć, że robię coś dobrze (najlepiej) to odwdzięczałam się tym samym.
Nie traciłam wiary, ufałam.
Pierwsze wyjście? Zero niepokoju związanego z tym, czy podoła. Oczywiście, że podoła, przecież to jego ojciec! (Jedyne o co się martwiłam, to co powiedzą moje piersi kiedy ominę karmienie).
Pierwszy wyjazd na kilka dni? Było jasne, że to Stateczny z nim zostanie. Nikt nie mógł zająć się lepiej naszym dzieckiem, niż jego własny ojciec. Nie dziadkowie, nie ciocia, nie niania. TATA.

Spójrz...
Narzekasz, że Twój partner/mąż nie zajmuje się dzieckiem.
Nie zmienia pieluch.
Nie przebiera.
Mówi, że nie potrafi, nie może, boi się, nie wie jak.
Czy wiesz, że źródłem wielu* takich sytuacji są kobiety?
Przyczynkiem do wycofania się mężczyzn?

Znajoma musi wyjść. Żali mi się, że musi przełożyć spotkanie na moment, w którym babcia będzie mogła zostać z jej synem.
- Dlaczego nie zostawisz go z mężem?
Patrzy na mnie z politowaniem.
- Przecież on by sobie nie poradził, nie żartuj...

Przypominam sobie jej męża.
Normalny facet. Z tego co pamiętam nie miał dwóch lewych rąk, ani nie unikał kontaktu z maluchem.
Dlaczego więc miałby sobie nie poradzić?
Bo ona nie miałaby go na oku.

Jak ojciec mógłby sobie nie poradzić?
Jak można sądzić, że ojciec dziecka da zrobić mu krzywdę?
Nie mówimy tu o patologiach i odchyłach, w tym poście mam na myśli przeciętną parę z normalnymi problemami w skali mieszczącej się w społecznej normie - nie podlegającej paragrafom ;)
Zostawi z kupą w pampersie na pół dnia? Pozwoli, żeby odparzyło sobie pupcię, bo nie lubi babrać się w kupie? A Ty lubisz? Ja nie. Zmieniam, bo tak trzeba, a nie bo lubię. 

Nie poda mleka? 
Naprawdę sądzisz, że kiedy dziecko będzie płakało, zadzwoni i zapyta "co robić", a Ty odpowiesz mu "jest głodny" to nie wysili swoich szarych komórek, żeby odczytać z opakowania instrukcję robienia mm? Ewentualnie, że nie będzie w stanie podgrzać Twojego mleka? Na litość... 

Nie róbmy z nich idiotów, to nie będą się tak zachowywać.
 

*Jasne, że są ojcowie, którzy migają się od obowiązków, którzy nie nadają się na bycie rodzicami i ja w żaden sposób tego nie neguję - są tacy oczywiście...  jednak nie o takich przypadkach tu mowa.

Wiem i widzę(!), że w wielu domach to matki nie dopuszczają ojców do dzieci... bo one lepiej. Same. Bo wiedzą jak. Bo on nie tak trzyma, za długo robi mleko, za dużo wody nalewa do wanienki, za krótko trzyma do odbicia, źle zapina pieluszki... 
Jak ma się tego nauczyć?
Jak byś się czuła, gdyby ktoś ciągle zaznaczał Ci, że jesteś kiepską matką, że za wolno łapiesz?

Nie raz usłyszałam:

- Muszę wykąpać dziecko.
- A mąż nie może?
- A daj spokój, nabrudzi, nachlapie.
- Ach... a jak ty kąpiesz, to nie chlapie?
- No chlapie, ale jakoś mniej.

Nie mogą karmić, bo brudzą. Przewijać, bo za długo. Ubierać, bo nie pod kolor, albo skarpetki nie do pary. Nie prasują, bo zepsują, bo zbyt wysoka temperatura zniszczy wzorek na bodziaku. 

A ja Cię pytam - i co z tego? Czy to będzie taki dramat?
Zapewniam Cię, że da się zdrapać z żelazka to coś, co kiedyś było naprasowaną na ubranko kaczuszką...
I że są sposoby nawet na to, żeby z firanki sprać szpinak i dżem. A z dywanu zupę pomidorową. A psa da się wyczesać nawet, jak jest długowłosy, a kasza jaglana zaatakuje jego sierść. Sprawdziłam.

Wiem też, że rajstopy nałożone tyłem na przód nie są wielkim dyskomfortem, a za luźno zapięty pampers w najgorszym wypadku co nieco wypuści, zamiast zatrzymać. Ta wyjściowa koszulka polo może i śmiesznie wygląda do dresowych spodni, ale musisz wiedzieć, że nie przeszkadza w zjeżdżaniu na ślizgawce i głośnym śmiechu podczas zabawy.

Na spacer? A jak spadnie deszcz, śnieg, zawieje wiatr, to co on zrobi? Skąd on będzie wiedział? A jak będzie słońce i nie nałoży czapeczki?
A dlaczego ma nie nałożyć? Napisz mu kartkę, wyślij sms, ale nie powstrzymuj.

Nie zabieraj im czasu i nie bądź murem na drodze budowania ich wspólnej relacji!
Daj im budować wspomnienia.

Siedzą i jeżdżą samochodzikami po dywanie. A przecież dziecko wymaga bodźców, powinni malować, lepić z plasteliny, no cokolwiek!
E tam. Zapewniam Cię, że jeżdżenie samochodzikami i niszczenie wierz z klocków udając godzillę też rozwija. Nawet, kiedy to trwa i trwa i trwa... a Tobie od ich ryków już pękają uszy. Albo od ciągłych pościgów karetek... "iło, iło, iło, iło..."

Naprawdę nie musisz użalać się nad sobą siedząc w domu. Zostaw ich razem najpierw na godzinę. Potem na dwie. Odwagi.


Jest wielu mężczyzn niedojrzałych do bycia ojcami. Jest wielu takich, którzy nigdy do tego nie dorosną i nigdy nie będą dobrze wypełniać swojej roli.
Ale jest też gro takich, którzy mogą być wspaniałymi ojcami, ale nie mają tej szansy. Wycofują się i uczą się pozycji, w które wpasowuje ich matka dziecka... "bo tak mniej narzeka, że coś robię źle, bo może ma rację - może faktycznie nie potrafię, bo i tak będzie jęczała jakkolwiek bym się nie starał".

Prosiłam kiedyś, żebyś odczarowała swojego mężczyznę.
Dziś proszę:  pozwól mu być tatą z prawdziwego zdarzenia.    
Boi się? Dodaj mu odwagi. Czasem trzeba będzie rzucić go na głęboką wodę - tak... dziecko, kupa w pieluszce i on. Nikogo poza nimi.

W podziękowaniu za wspaniałe zajęcia na szkole rodzenia napisałam mojej położnej długą wiadomość. A w niej między innymi te słowa:


"... dzięki Pani można sobie także uzmysłowić, że rola Męża i jego uczucia nie kończą się po ostatnim stosunku przy którym doszło do zapłodnienia - że on też to wszystko przeżywa, przechodzi, znosi - a czasem nawet trudniej - niż my... on częściej może odczuwać bezsilność i częściej pewnych rzeczy nie rozumieć... to wszystko rozgrywa się poza jego ciałem, ale w jego sercu."

Te słowa dotyczyły okresu ciąży i porodu. Ale myślę, że swobodnie można je zrozumieć pod kątem wychowania dziecka. 


 Stopiszcza.

Zabawa bywa męcząca.

 Pierwsza kaszka.

 Pierwsze próby raczkowania. 

 Tatiii...

Punkt widokowy i kanapa w jednym.


Odczaruj w nim tatę i przymknij oko na to, co robisz lepiej. Warto.